user_mobilelogo

Bill Bryson -

 

Rzadko odczuwam żal po skończeniu czytania książki. Ale cóż, czasami się jednak zdarza...

żałować, że książka nie jest przynajmniej dwukrotnie dłuższa. Chlip.

 

Kim jest Bill Bryson?

Moja pierwsza styczność z twórczością Billa Brysona nie miała nic wspólnego z projektowaniem. Studiując architekturę wnętrz na ASP zachodziłam od pobliskiej biblioteki, żeby nie marznąć na przystanku podczas oczekiwania na autobus. Podczas jednego z takich poczekań wpadł mi oko reportaż o Australii, który zaczynał się mniej więcej tak: "Czy wiesz, kto jest aktualnym premierem Australii?". Oczywiście, nie wiedziałam. Ignorancja w temacie polityki zagranicznej wypełzła. Ale pojawiła się również ciekawość. Coś na zasadzie "hm, właściwie to w ogóle niewiele wiem o Australii...." Kilka następnych zdań zapowiadało książkę napisaną z dużym poczuciem humoru, więc książka wylądowała w plecaku.

 

Po polsku zostały wydane głównie podróżniczo-prześmiewcze książki Billa Brysona. Pewnie dlatego najłatwiej natknąć się na nie w bibliotece publicznej. Po wspomnianym "Śniadaniu z kangurami" pochłonęłam jeszcze kilka podobnych tytułów, nie wiedząc, że Bryson NIE jest wyłącznie specem od literatury podróżniczej. Aż znienacka natknęłam się na... hm, zaskakująco wnętrzarską pozycję Brysona. Jeśli mowa w niej o podróży, to jest to błyskotliwa i dająca do myślenia podróż w poszukiwaniu komfortu życia. Przez tysiąclecia i wieki. Geografia schodzi na dalszy plan. Bardziej liczy się fotel, morderczy widelec oraz toaleta ze spłuczką, której nie podłączono do kanalizacji.

 

 "Przenośność tłumaczy (...) dlaczego tak wiele starych kufrów i skrzyń miało wysklepione wieka - żeby woda z nich spływała podczas podróży. Wielką wadą skrzyń jest oczywiście to, że trzeba wyjąć wszystko, żeby aby dotrzeć do rzeczy na dnie. Zajęło zaskakująco dużo czasu - do początku XVII wieku - zanim komuś przyszło do głowy, żeby włożyć do skrzyń szuflady i przekształcić je w komody."

 

Suplement do historii wnętrz (i architektury)

"W domu. Krótka historia prawie wszystkiego" nie znajduje się na liście lektur obowiązkowych wydziału architektury. Myślę, że ze stratą dla studentów. Mimo że nie jest to typowo akademickie opracowanie, zainspirowało mnie do mnóstwa poszukiwań, i wielokrotnie zmotywowało do badań na własną rękę. Nie przesadzając - jest to jedna z najciekawszych i najbardziej inspirujących książek, na jakie natrafiłam.

Pamiętacie wpis o tym, skąd czerpać inspiracje do projektowania wnętrz? To dzięki Brysonowi natknęłam się np. na Skara Brae, a później - na magiczne Wyspy Owcze, na których usytuowałam swoją pracę magisterską. Jej głównym wątkiem była architektura zrównoważonego rozwoju i projektowanie w krajobrazie - temat pozornie odległy od studiów nad komfortem, ale... Związek przyczynowo-skutkowy istnieje.

 

Jak zaprojektować książkę o komforcie?

Pretekstem do zanurzenia się w historii rzeczy codziennego użytku jest dla Brysona posiadłość, którą nabył - znajdująca się w Wielkiej Brytanii, wiekowa plebania. Bryson zabiera czytelnika w podróż po kolejnych pomieszczeniach domostwa. Każda z przestrzeni - kuchnia, korytarz, a nawet zagracony strych - stanowi dla autora pretekst do podróży w przeszłość i zbadania wątku przewodniego. Skąd wzięła się jadalnia? Czy meble zawsze stały pod ścianami? Ile elementów liczyła zastawa stołowa w czasach szczególnie ekstrawaganckich uczt? Dlaczego lodówka jest jednym z najważniejszych wynalazków w historii ludzkości, a wieża Eiffla wzniesiona została w kuwecie wypełnionej piaskiem? To tylko ułamek wątków, jakie pojawiają się na kartach książki.

 

"Nawet w skromniejszych rezydencjach - na przykład na plebanii - przy okazji obiadu dla dziesięciu osób używano nawet czterystu talerzy, szklanek, sztućców i tak dalej, a potem to wszystko trzeba było umyć."

 

Często temat przewodni traktowany jest jednak dość luźno, a morze dygresji staje się bardzo rozległe. Może to sugerować chaos, ale nic bardziej mylnego. Bryson snuje swoje opowieści ze zdumiewającą konsekwencją. Ciekawostki i postaci pojawiające się na początku książki potrafią pojawić się w końcowych rozdziałach... Mnogość wątków sprawia, że nie wszystkie poruszone są dogłębnie. Ale nawet to nie jest mankamentem. Po prostu aż chce się dowiedzieć czegoś na własną rękę.

Po przeczytaniu książki nie da się spamiętać wszystkich informacji i ciekawostek, które zostały zawarte na jej kartkach. Ale w głowie pozostaje siatka skojarzeń. Po obejrzeniu "Faworyty" Yorgosa Lanthimosa od razu zapaliła mi się lampka w scenie nad makietą Blenheim Palace, który królowa Anna chce podarować księżnej Marlborough. Słowo klucz - John Vanbrough! Nie jestem pewna, czy takie skojarzenie utrwaliłoby mi się podczas czytania konwencjonalnego podręcznika historii architektury :)

 

Faworyta. Kadr z filmu
Zdjęcie: Twentieth Century Fox Film Corporation; "The Favourite".

 

 

Orgia ciekawości

Bryson opracował zdumiewającą ilość materiału źródłowego i radośnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami z czytelnikiem. Entuzjazm autora, żywa narracja i zaskakująca treść sprawiają, że tomiszcze (książka liczy ponad 500 stron, w tym zaledwie kilka ilustracji) połyka się z przyjemnością

No właśnie - połyka. Po drodze wielokrotnie krztusząc się ze śmiechu, zamierając ze zgrozy, lub deklamując fragmenty przypadkowo napotkanym domownikiem. Później nadchodzi ten moment, kiedy "W domu. (...)" odkłada się na półkę i... no cóż, ma się uczucie zawodu. Skończyła się?! Jak śmiała!\

 

"Kiedy otworzymy lodówkę, wpuszczamy do pokoju więcej światła, niż go było w XVIII-wiecznych domostwach. Przez większość dziejów świat był w nocy bardzo, bardzo ciemny."

 

I ma się ochotę zacząć czytać jeszcze raz, bo może jakaś smakowitość zdążyła już ulecieć z pamięci? To jedna z tych książek, którą trzymam na półce z pozycjami na poprawę humoru. Radość z czytania, radość z poznawania. Czy nie tak wyglądałby udany szkolny podręcznik?

 

Niezależnie jednak, czy szukasz wsparcia przed egzaminem z historii wnętrz, czy masz ochotę na ciekawą książkę do porannej kawy - "W domu. Krótka historia prawie wszystkiego" Billa Brysona jest warta otworzenia. Istnieje szansa, że zakończysz lekturę na ostatniej stronie. I to bez poczucia, że Twój czas był stracony.